Szarpidrut.pl
RECENZJABARLINIAK O MUZYCE461 odsłony

Leash Eye - "Destination: 125". Recenzja

← Wróć: Wiadomości
Leash Eye - "Destination: 125". Recenzja

Znów wracam po czasie do jakiegoś zespołu. Albo to zespół wraca do mnie. Niektórzy nie dają o sobie zapomnieć, nie tylko aktywnie działając przez lata, czasem nawet zbierające się w dekady, ale także realizując się twórczo, nagrywając kolejne albumy. Nasze drogi krzyżują się w różnych okolicznościach - czasem decyduje o tym czysty przypadek. Nie jestem zaskoczony faktem, że znów przyszło mi zmierzyć się z weteranami z Leash Eye - trzy lata temu opisywałem moje wrażenia po zapoznaniu się z albumem "Busy Nights, Hazy Days", teraz omawiam jego następcę, zatytułowanego "Destination: 125". Co się zmieniło? Czy coś się zmieniło?

Zdecydowanie nie zmieniła się ogólna koncepcja zespołu - w tym miejscu mógłbym na dobrą sprawę zacytować sam siebie. To w dalszym ciągu żywcem wyjęta z dzikich rewir zachodu hardrockowa torpeda, niemalże stereotypowa. Wiecie, pylisty brud, nieco pustynny klimat, ogromne ciężarówki z silnikiem przed kabiną... Zresztą do tego ostatniego muzycy jawnie nawiązują nawet i na okładce albumu (nie pierwszej i zapewne nie ostatniej). W bliskim środowisku zwie się to po prostu "hard truckin' rock". I jestem przekonany, że Wasze wyobrażenie co do tego, jak to może brzmieć, będzie mieć niemal perfekcyjne odzwierciedlenie w rzeczywistości - za dużo wymyślania tu nie ma, to raczej prosta sprawa. Niby można powiedzieć, że to nic odkrywczego, i w gruncie rzeczy tak jest - ale jeśli rzecz trzyma poziom, to chyba nie ma co marudzić.

Podobnie jak na poprzedniku, i tu znalazło się dziewięć utworów - całość trwa niemal tyle samo, czyli niecałe czterdzieści minut. Czas ten przelatuje dość szybko, choć to też nie jest tak, że faktycznie miałoby się to wszystko dłużyć. To jeden z tych albumów, które mają przypisany krajobraz. Krążek rozpoczyna się singlowym "Some Like It Hot", w którym na rozpoczęcie padają słowa:

"I got something to say
About a thing or two"

Nie wiem, czy tylko u mnie to tak wyglądało, ale słowa te faktycznie nastroiły do przyswojenia opowieści. Wryły mi się w głowę i wracały także wtedy, gdy nawet nie myślałem o słuchaniu Leash Eye. To był dobry wybór na singla - poruszając oczywiste kwestie, tak właśnie będzie brzmieć mniej więcej reszta albumu. Trochę hardrockowego brudu, gęsta sekcja rytmiczna, obficie występujące Hammondy, a także wszechstronny wokal, za który odpowiada Łukasz "Quej" Podgórski. Spośród dziewięciu kompozycji spokojnie można wyróżnić te, które mają swoje momenty - a te dość często pojawiają się na samym początku utworów. "Big" wchodzi z przysłowiowego buta, eksponując tłustość sekcji rytmicznej, z kolei "A Trap" stawia na gitarowy jazgot, jakby akcentujący, że tu nie musi być grzecznie i gładko. Leash Eye tak samo jak wcześniej stawia na dynamiczny pęd, choć to jeszcze nie gnanie na złamanie karku. W końcu domeną amerykańskich mechanicznych monstrów nie jest prędkość, a moc i moment obrotowy. 

Odzwierciedlenie tego ujrzymy w "Venom" - także singlowym. Tam zwracam uwagę również na to, jak zgrano ze sobą gitary oraz brzmienie Hammondów, co razem stworzyło specyficzną, zadymioną harmonię. Przy "Venom" zespół jednak dość mocno się rozpędza, ale równoważy to innymi kompozycjami, zwłaszcza tymi ciut bardziej stonowanymi, jak chociażby ten, co płytę zamyka, czyli "House of the Setting Sun". W swej przewidywalności "Destination: 125" prezentuje się całkiem różnorodnie, wliczając w to i wokal. Jako próbka - początek "String Puller". Całość po prostu buja, i robi to w sposób iście południowo-zachodni. Czyli wskazane jest się trzymać. 

Muzycy zapowiadali ten album jako "podróż do samego dna piekła", co zresztą odnosi się do jednego z utworów na płycie. Chyba coś w tym jest, choć to, co czeka nas na samym końcu, pozostaje jednak niewiadomą. Wszystko zależy od odbiorcy, który albo w pełni odda się dźwiękowemu szaleństwu, pogrążając się w ostrych doznaniach, albo wycofa się póki jeszcze będzie to możliwe. Ale jak już wsiądziecie i ruszycie przed siebie wielokilometrową dwupasmówką, nie będzie już odwrotu.

7,5/10

Łukasz Kowalek (Barliniak)

DYSKUSJA POD ARTYKUŁEM

Komentarze 0

Co o tym myślisz?

Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!

Dodaj swój komentarz

Dołącz do rozmowy o muzyce.

Komentować mogą zalogowani użytkownicy.